Lubię Twoje powroty. I chociaż Tobie wydaje sie to niemożliwe, niedorzeczne, posiadać taką wyobraźnie, która rysuje obraz Ciebie podążającego do domu, to potrafię sobie to wszystko w myślać opowiedzieć i nadać temu kształt, troszkę krzywy, chwiejący się w fasadzie, domyślny a jednak dziwnie prawdziwy...
Potrafię dokładnie wyobraźic sobie Twoją podróż do domu. Ludzi których mijasz, gałęzie o które sie ocierasz, brzęczenie owadów które Cię mijają.
Dla Ciebie nie ma niczego pomiędzy początkiem podróży a celem. Liczy się tylko cel. To co jest pośrodku, jest tylko stane przejsciowym, który musi zaistnieć, by ten cel miał sens... Jednocześnie ta 'przepaść' wcale się dla Ciebie nie liczy.
Wracasz przesiąknięty drogą, pachniesz nią, opowiada o tym Twoje ciało.
Ta Twoja nieświadomośc mnie rozczula.
Zastanawiam się wtedy co myślisz, gdy wracasz. Czy jesteś szczęśliwy, . Czy czujesz ulgę, czy irytację.
Czy nasz pokój ma dla Ciebie znaczenie domu?...
Te cztery ściane, które całkowicie sobą zdominowałam muszą Cię przytłaczać. Jednocześnie rozumiesz, że każda ingerencja w moją przestrzeń moze mnie zirytować.
Teraz jest pusto. Poranki są inne, bezbarwne i automatyczne. Nie ma rytuałów, pomruków i powitań..
Jest za to ścielenie łózka, rozsuwanie zasłon i dziwna niepewnośc w opuszczaniu domu.
J'ai peur de son voyage, comme s'il sentait que la moindre violation de la structure de ma vie passée pourrait être pour moi des conséquences incalculables.
Przez zasłony wszedł wieczór...Wzmógł się gwar...Na chodniku , tłum przepływa w rozmaitych kierunkach... powoli...szybko... toruje sobie przejscia...ślepy jak rzebracy. Rozpoznaje go jeszcze w obrazach, ukazujących obecny dobrobyt, w sposobie, w jakim ludzie chodzą tu razem.. nigdy nie zniecierpliwieni, umiejący zachować się w ścisku, jakby byli sami, bez ciekawości. Źle znosze tłum. To jak bestia, która mnie pochłania, przytłacza.. obejmuje i zabiera oddech. Tracę w nim indywidualność, jestem wpólnotą.. I w tłumie siebie nie przypominam.
P. jest obcy. Chyba zatraca się w innych miejscach. Odległość metra przybiera rozmiar wszechświata.. i wszędzie nam do siebie daleko. Nawet w poscieli.
Mówię , że mogłabym poprosić go o wszystko, być jak list rozdarty z bólu i rozpaczy... Niech to będe ja. Niech to będziemy my, chorzy na urodę brzóz... Niech zapomni o oddychaniu.. Albo odejdzie.. bez zgrozy pożegnania....
Jeszcze nie wiem, że tak łatwo wygrać w loterii życia.. Wkrótce się dowiem, jak trudno jest taką wygraną przy sobie utrzymać..
Więc rozmawiamy..
Pierwsze zdania są jakby prześwitem, jak pierwsze krople deszczu. Mówię, że boję się burzy, że szary świt napełnia mnie lenistwem, że cięzko mi się oddcha gdy się zmęcze. Odpowiada, że przecież to tylko serce, że przejdzie.. za szybko wszystkiego chce, nawet chodząc do nikąd za bardzo się spiesze.
Przecież nie ma 'donikąd' myślę sobie. Wszystko ma jeden kierunek. Zamiast tego tłumaczę, że zasiał pocałunkami we mnie strach. Opowiadam jak bardzo podziwiam jego spokój i narkotyczne własciwoscie jego skóry.
Pływaliśmy w tej samej rzece. Pamiętam ten dzień dokładnie. To słońce nadało mu kształt.
Wszytko było wtedy słońcem.
Twoja miękka dusza, dzikie oczy, krople wody na karku.
Haku nie potrafił mówić.
Wiedziałeś o tym, gdy kładłeś mu głowe na piersi. Była to dziwna pieszczota, zaslugująca na zazdrość każdego kto był jej świadkiem.
Moją też.
On wyłowił mnie wtedy z wody, widzę dokładnie ten moment, gdy zaniepokojony stałeś na brzegu, bo bardzo bałeś się wody, a ja w panice wpatrywałam się w twoje oczy, jakby łączyła nas lina, która miała mnie uratować
Skulony ze wstydu ukradłeś wtedy tą jedyną chwilę czułości, podarowaną ci przez przypadek
Zrozumiałam, że strach przed śmiercią jest silniejszy niż twoja miłość do mnie.
Nie pamiętam kiedy przyszedłeś, bo widywałam cię od zawsze. Sama nie wiem, czy przez dzień, czy przez sen.
Wspomnienia osiadły na mnie, jak kurz na starym lustrze.
Wszystko jest już niewyraźne, nic nie widzę dokładnie. Możesz mi się mylić. Możesz nie istnieć.
Śnisz mi się czule, w swojej masce kruka.
Wiem, że nie boisz się już śmierci, bo masz ją za sobą.
Widzę jeszcze bielone ściany, płócienną storę, która chroni od żaru, drugie drzwi zaokrąglone, prowadzące do innego pokoju, i ogródek pod gołym niebem otoczony niebieską balustradą.
Jest to okolica smutku i klęski.
Prosi, żebym powiedziała o czym myśle.
Odgłosy miasta są już tak blisko, tuż obok i slychac jak ocierają się o żaluzje. Słychać jakby przenikały przez pokój. Piszę ciało w tym zgiełku dochodzącym aż tu. Otwartą dłonią. Morze, ogrom, który sie przetacza, oddala, powraca.
Poprosiłam ,żeby zrobił to jeszcze, i jeszcze..Mogło to być śmiertelne w skutkach.
Można było od tego skonać.
Byliśmy pozbawieni wstydu. I tak to się stało, że jestem tu z tobą. Jest na mnie.
Jeszcze się we mnie wbija. Trwamy tak zwarci ,jęczący w dochodzącym z zewnątrz rozgwarze miasta. Słyszymy go jeszcze. Potem nie słyszymy nic.
Zapalil papierosa ,podał mi go. Nadchodzi teraz wieczór.
Dziś wiem iż ten smutek zawsze był we mnie.
Mogłabym niemalże nadać mu swoje imie, tak do mnie był podobny.
Gdy umiera, dzień jest pochmurny.
Myślę, że wiosenny, kwietniowy
Telefonują do mnie.
Nie mówią nic, poza tym ,że znaleziono go martwego na ziemi w jego pokoju.Śmierc wyprzedzila zakończenie tej historii. Stało sie to jeszcze za życia, umarł jakby za późno.
Nasuwają się tu słowa; wszystko się dopełniło.
.
Przez cały rok zmierzch zapadał o tej samej godzinie. Był bardzo krótki, prawie gwałtowny. Cienie rysowały się na ziemi i na wodzie. Nas drogach i na murach.
Wspaniały ten obraz jest nie do przyjęcia.
Ta bezsensowna miłość, z jaką sie do niego obnoszę, pozostanie dla mnie niezgłębioną tajemnicą. Nie wiem dlaczego kochałam go do tego stopnia, że chciałam umrzec jego śmiercią. Gdy to sie stało, byłam już od kilku lat z dala od niegi i rzadko o nim myślałam. Zdawało mi się, że kochałam go na wieki i nic nowego nie mogło przytrafić się tej miłośći.
Powiedzialam mu ,że ponad wszystko chcę pisać, tylko to , nic innego. Jest zazdrosny. Zadnej odpowiedzi, szybkie spojrzenie zaraz odwrócone, nieznaczne, niezapomniane wzruszenie ramion.
Ja pierwsza będe gotowa odejść. Będe musiała jeszcze poczekać pare lat, zanim mnie straci.
Morze, nieuchwytne w swym kształcie, po prostu niezrównane.
Zgiełk miasta jest bardzo silny, we wspomnieniu przypomina dzwięk zbyt głośno puszczanego filmu, dzwięk który oglusza.
Dobrze pamiętam, nie rozmawiamy, pokój jest ciemnym, zanurzony w nieustannym zgiełku miasta, zakotwiczony w mieście, ktróre hałasem oddycha.
Na zewnątrz trwa schyłek dnia, poznaje go po głosach. To jest miasto rozkoszy, które nocą w pełni rzokwita. A noc zaczyna się teraz, wraz z zachodem słońca.
Zapach karmelu przenika do pokoju, woń palonych orzeszkow, egzotycznych sosów, pieczonych mięs, ziól, kadzidła, palonego drewna, kurzu.
To właśnie tu przetrwa dla mnie najdłużej już raz miniona teraźniejszość, właśnie tu, nigdzie indziej.
Jest to miejsce w którym trudno oddychać, graniczące ze śmiercią, miejsce przemocy, bólu, rozpaczy, zhańbienia, rozkoszy, swiętosci.
Takie to jest miejsce w Cho Lon, po drugiej stronie rzeki Mekong, gdy raz przekroczy się rzekę.
Bywam wtedy ubrana, troche niedbale, w banał i ukradkowe spojrzenia.
- Moje myslenie ciebie dotyczy - słyszę
Nie odpowiadam.
- To są blizny, wiesz o tym.
Czuję ten zapach. Jak rozgrzana blacha na deszczu.
- Są chwile - mówi cicho - Kiedy cień jest zamkniętym domem. Też tak masz?
- To są puste chwile. I puste domy.
*Mówi , że jestem jego jedyną miłością, i to jest właśnie to co powinien powiedzieć, to, co się mówi, gdy dopuszcza się swobodę mowy, gdy pozwala się ciału swobodnie szukać i znajdować, brać co chce, a wtedy wszystko jest dobre, bez strat, straty się wyrównują, wszystko zmienia się w potok, w siłę pożądania.
Pyta dlaczego przyszłam.
Mówię, że musiałam to zrobić, że było to jakby z obowiązku.
Zapalił papierosa. i szeptał zupełnie cicho, tuż przy moich ustach. Ja też mówiłam do niego zupełnie cicho...
Zaledwie poczułam, jak nadszedł sen.*
Wszystko za sprawą dotyku. Chyba tak to się dzieje, prawda?
Dojrzała we mnie moja samotność. Jest teraz soczysta i pełna ludzi. Kładzie się u nóg. Rozlewa po podłodze i zachodzi na ściany.....Słucham słów i zastanawiam się gdzie spędziłam siedemnastą godzinę. Jestem teraz bardzo daleko od wszystkich..od wszystkiego. Musze sobie wreszcie postanowić jak mam wyglądać w swojej przyszłości.... Przyszłość.. to takie kruche słowo.
Kryzys wieku dostatecznego.P zaczyna dzien na opuszku palca.
(Kurwa mać - Myślę sobie tak zwyczajnie -Ty wciąż uwieziony w tych samych brudnych myślach ufajdany po łokcie z podniecenia i ta mina gdy zaciągasz się wersami jakbyś miał największe płuca tej epoki.