Przez zasłony wszedł wieczór...Wzmógł się gwar...Na chodniku , tłum przepływa w rozmaitych kierunkach... powoli...szybko... toruje sobie przejscia...ślepy jak rzebracy. Rozpoznaje go jeszcze w obrazach, ukazujących obecny dobrobyt, w sposobie, w jakim ludzie chodzą tu razem.. nigdy nie zniecierpliwieni, umiejący zachować się w ścisku, jakby byli sami, bez ciekawości. Źle znosze tłum. To jak bestia, która mnie pochłania, przytłacza.. obejmuje i zabiera oddech. Tracę w nim indywidualność, jestem wpólnotą.. I w tłumie siebie nie przypominam.
P. jest obcy. Chyba zatraca się w innych miejscach. Odległość metra przybiera rozmiar wszechświata.. i wszędzie nam do siebie daleko. Nawet w poscieli.
Mówię , że mogłabym poprosić go o wszystko, być jak list rozdarty z bólu i rozpaczy... Niech to będe ja. Niech to będziemy my, chorzy na urodę brzóz... Niech zapomni o oddychaniu.. Albo odejdzie.. bez zgrozy pożegnania....
Jeszcze nie wiem, że tak łatwo wygrać w loterii życia.. Wkrótce się dowiem, jak trudno jest taką wygraną przy sobie utrzymać..
Więc rozmawiamy..
Pierwsze zdania są jakby prześwitem, jak pierwsze krople deszczu. Mówię, że boję się burzy, że szary świt napełnia mnie lenistwem, że cięzko mi się oddcha gdy się zmęcze. Odpowiada, że przecież to tylko serce, że przejdzie.. za szybko wszystkiego chce, nawet chodząc do nikąd za bardzo się spiesze.
Przecież nie ma 'donikąd' myślę sobie. Wszystko ma jeden kierunek. Zamiast tego tłumaczę, że zasiał pocałunkami we mnie strach. Opowiadam jak bardzo podziwiam jego spokój i narkotyczne własciwoscie jego skóry.
Świt zastaje nas w objęciach.
Potem się kochamy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz